05.12.2022, godzina 8:20. Telefon ze szpitala. Głos w słuchawce:
„Bardzo mi przykro, pani Ewelino… Pani mama dzisiaj zmarła. Podjęliśmy próbę reanimacji, ale… tym razem nie udało się jej uratować.”
Świat się zatrzymuje. Ciało rozpada się na milion kawałków. Pierwsze, co robię, to dzwonię do męża i, choć jestem w miejscu publicznym, zalewam się łzami.
Moja myśl: „Boże, wiem, że zrobiłeś to, co było dla niej najlepsze… Zawsze powtarzała, że nie chce być od nikogo zależna, że chce odejść na własnych zasadach…”
Tej nocy śni mi się, że siedzisz na szpitalnym łóżku i z uśmiechem na twarzy odpowiadasz lekarzowi, że czujesz się dobrze i że nie masz już problemów z oddychaniem. Opowiadasz nawet żart, który zawsze powtarzał Artur. Lekarz wychodzi, by Cię wypisać z oddziału, a Ty siedzisz szczęśliwa i radosna. Ja to obserwuję to z boku i myślę: „Ona nie wie, że umarła, ale nie będę jej tego mówić, jest taka szczęśliwa…”
Cieszę się, że już się nie męczysz, że ból zniknął. Wiem, jak bardzo cierpiałaś w ostatnich dniach, choć nie dawałaś tego po sobie poznać. Ale, Mamo, jak teraz żyć bez Ciebie?
Wiem, że to może wydawać się samolubne, że chciałabym jeszcze Cię mieć przy sobie, ale to jest silniejsze ode mnie. Pocieszam się tylko myślą, że teraz czas, abym podzieliła się Tobą z moją siostrą i bratem, którzy tam na Ciebie czekają. ” Wracam do domu” to słowa, które mi brzmiały w mojej głowie, kiedy zeszłego wieczoru byłam przy Tobie…
Byłaś moją jedyną przyjaciółką, powierniczką, doradczynią i wzorem wielkiej dobroci, empatii do ludzi i miłości do Boga.
Jak tu żyć, kiedy wstajesz rano i w lustrze widzisz pustą skorupę, bo twoja dusza rozpadła się na milion drobnych kawałków. Wiem, ktoś powie: ” taka jest kolej życia, rodzice odchodzą”, ale zanim się to przyjmie do wiadomości, trzeba przeżyć żałobę. Nie bez powodu trwa ona w naszej kulturze rok. Nie bez powodu w psychologii podkreśla się, że trzeba przejść przez wszystkie jej etapy: przez zaprzeczenie, smutek, gniew, bunt, rozpacz, aż wreszcie dotrzeć do spokoju i zrozumienia.
Przychodzi do mnie sms od znajomej, która pisze: „Ewelinko, dla siebie i Twoich chłopaków pozwól sobie na wszystkie emocje, jakie do Ciebie teraz przyjdą”. To była najlepsza rada, jaką mogłam wtedy dostać.
Bo faktycznie przychodzi najpierw bunt, gniew i pytanie DLACZEGO ONA ??
Nie chce zakładać czarnych ubrań, bo one mnie ciągną jak kotwica w dół. Na nie przyjedzie jeszcze czas … i przychodzi po pół roku.
Czuje, że chcę wejść do ciemnej jaskini i nikomu się nie pokazywać, a z drugiej strony potrzebuję innych, aby zwyczajnie pomilczeć, popłakać, opowiedzieć z czym mierzyła się mama …
Na szczęście mam wokół siebie osoby, która każda na swój własny sposób dokłada cegiełka po cegiełce, aby mi w tym pomóc.
To jest mój mąż i dzieci, którzy razem ze mną przeżywają tą stratę. To jest moja ciocia, która codziennie dzwoni, aby spytać, jak sobie radzę. Mówię „dobrze”, ale obie wiemy, że nie radzę sobie, jest ciężko…
To są koleżanki ze studiów, które organizują spotkanie przy winie – razem płaczemy i wspominamy mamę ile dobrego zostawiła po sobie na tym świecie. To są znajomi z Klubu Karate- drobne gesty, ale jak znaczące: kiedy wchodzę na sale a z szeregu wychodzi kolega i po prostu mnie mocno przytula nie mówiąc nic, porostu jest… Inna koleżanka mówi, że nie umie przytulać, ale jak chcę, aby spuściła mi łomot, mam wejść na matę – i to też pomaga.
To ważne, aby być przy tych osobach w żałobie. Nie trzeba nic mówić, nie trzeba ich pocieszać, bo to nie czas na to. To czas na Twoją obecność w ich życiu- po prostu być i pokazać, że jesteś obok gotowy w każdej chwili przyjść i zwyczajnie pobyć i pomilczeć.
A Ty przechodzący ten trudny czas nie bój się o to poprosić. Zrób pierwszy krok i powiedź „Potrzebuje Cię teraz”. Nikt nas nie uczy jak mamy radzić sobie w takich sytuacjach, najczęściej jest to temat tabu, często chcemy coś zrobić, ale nie wiemy co. Niech ten wpis będzie dla Ciebie drogi czytelniku małym drogowskazem.
Kiedy telefony milkną, wszyscy wracają do swoich obowiązków ja „biorę” zmiotkę i „zamiatam” na szufelkę wszystkie te milionowe drobne kawałki mojej duszy i „kładę” je koło łóżka. Każdego dnia rano „biorę” jeden taki kawałek i „wkładałam” go do swojego serca i idę do łazienki, aby stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie w puste oczy i powiedzieć „stawiam czoło kolejnemu dniu” i idę robić śniadanie, wyprawić dzieci do szkoły, idę na trening, do pracy, rozmawiam i śmieję się z ludźmi po czym biegnę do lasu, aby tam wykrzyczeć swoje żale, złości a nawet wkurwienie. I tak robię to każdego dnia, aż w końcu nadchodzi dzień, w którym wstaję rano z łóżka i na szufelce nie ma już żadnego kawałka, którego mogłabym włożyć do serca i wtedy podchodzę do lustra i widzę silną kobietę, która dała radę, a w jej oczach widzę znowu swoją duszę….
Była też jedna ważna osobą, która raczej nawet nie wie, że odegrała tak dużą rolę w procesie mojego wychodzenia z żałoby. Był to mój trener. To właśnie dzięki jego rutynie – 3 treningów w tygodni, dzięki dyscyplinie jakiej mnie nauczył, mogłam przez te kilka godzin w tygodniu nie myśleć o pustce, która mi została po mamie, mogła uwolnić swoje myśli od analizowania, czy zrobiłam wystarczająco dużo, aby zapobiec chorobie, czy jest coś co mogła zrobić inaczej …
Jestem pewna, że sport był najlepszym dla mnie lekarstwem w tym czasie. Jestem też przekonana, że będzie on dla wielu osób świetnym rozwiązaniem, aby pozwolić głowie na chwilowy odpoczynek.
Był też las, do którego mogłam zawsze pójść i wypłakać się a nawet wykrzyczeć swój ból i złość. Tak głośno, że sama czasem byłam przerażona jego siłą. To ważne, aby znaleźć swój azyl, gdzie można być sobą, bez maski i dać upust swoich emocjom.
Była też Pani psycholog, która pomogła poukładać to, co sama nie potrafiłam zrobić. Długo zwlekałam z tą decyzją, ale teraz wiem, że nie wszystko jesteśmy wstanie sami ogarnąć, nie na wszystko jesteśmy wstanie spojrzeć obiektywnie. Czasem potrzebna jest druga osób, która dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu pomoże nam poukładać się na nowo.
Nie ma złotej rady, jak przejść przez czas żałoby, ale jedno co wiem na pewno to jest to, że trzeba ją przeżyć tak, jak podpowiada nam nasze serce i pozwolić sobie na wszystkie emocje jakie nam będą wówczas towarzyszyć.